Wypadek był początkiem czegoś nowego dla mnie
#1
Ułożone życie. Co to tak naprawdę oznacza? Praca, dom, wychowanie dziecka, zebrania  w szkole. Życie w ułożonym przez siebie schemacie, zwyczajnego szarego człowieka. Jednak czułam się wyróżniona wśród tych ludzi. Pracowałam w korporacji. Miałam kontakt z ludźmi. Uwielbiałam tę pracę. Codzienne wyzwania, brak monotonii, trochę pracy analitycznej, udział w różnych projektach. I tak mijał miesiąc za miesiącem, rok za rokiem. Minęło dziesięć lat pracy w korporacji, chciałam czegoś więcej. Lecz realia dla samotnego rodzica na znalezienie stałej, dobrze płatnej pracy były małe. Poza tym po tylu latach napawało mnie strachem wrócenie na rynek pracy. Przecież to wszystko ewoluowało, a ja ciesząc się swoja posadką nie uczestniczyłam w nim. Co więcej, nie wyobrażałam sobie, że nadejdzie czas na odejście z firmy. Przecież w korporacji było tyle pracy, poza tym świetnie rozwijał się rynek. Jestem kolejne kilka lat w tej samej korporacji, tylko teraz już bardziej wypalona. Przecież nic więcej nie osiągnę, niż to co dotychczas. Co robię? To, co większość kurczowo trzymam się posady, „zaciskam zęby”, znajduję bardzo tanie - teraz tak je mogę nazwać - wymówki na to, by w dalszym ciągu tkwić w pracy, która coraz mniej mnie interesuje. Wspomniałam o wymówkach. Przytoczę kilka: trudno znaleźć pracę na rynku pracy (mamy 2012 rok), boje się, że sobie nie poradzę na rozmowach kwalifikacyjnych, przecież od kilkunastu lat  nie byłam na żadnej, tak naprawdę nie jestem specjalistą w jakiejś wąskiej dziedzinie… Co mam do zaoferowania nowemu pracodawcy? Nie  znajduje odpowiedzi.  Chce zmian w życiu zwłaszcza zawodowym, a brakuje mi motywacji, determinacji. Tak mija dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem itd.

Mijały tak, aż do pamiętnego dnia 28 listopada 2013 roku. Po zakończeniu pracy o godz. 16 wracam do domu. Autobusem do pociągu, potem kolejny autobus bezpośrednio do domu. Wszystko robię rutynowo, jak większość pracujących. Przecież od kilkunastu lat tak jeżdżę. Czekając na autobus dzwonię do syna, że za ok. 15 minut będę w domu. Jadę autobusem, wysiadam na swoim przystanku. Pozostały odcinek pokonuje pieszo. Jeszcze tylko przejście przez pasy na druga stronę ulicy, standard. Bezpieczeństwo jest dla mnie najważniejsze. Po upewnieniu się, że mogę swobodnie i bezpiecznie przejść wkraczam po pasach na jezdnię. O ironio jak złudne było to moje bezpieczeństwo! Pokonałam ¾ jezdni. Instynkt. Odwracam twarz w moja prawą stronę i widzę tylko światła samochodu, który we mnie uderza. Czy czułam coś? Nic. Widzę nad sobą rozmazane twarze jakichś ludzi. Jednego rozpoznaję, sąsiad. Ale jakie to teraz ma dla mnie znaczenie. Jakaś kobieta o długich, ciemnych włosach pyta mnie gdzie  mieszkam, kogo ma powiadomić o wypadku. Opiekuję się mną, prosi bym leżała spokojnie. Słyszę szum jadących samochodów, jakieś głosy ludzi wokół mnie. Słyszę karetkę. Jestem w szoku, lecz świadoma. Rozumiem co mówią do mnie ratownicy medyczni. Informują mnie co i dlaczego mi robią (leki przeciwbólowe, usztywnienie nogi, założenia kołnierza). Wkładają mnie na noszach do karetki. Odjeżdżamy na sygnale. Drogi do szpitala nie pamiętam. W szpitalu widzę nade mną zapłakana mamę, która mi mówi, nie martw się wszystko będzie dobrze. Czym ja mam się martwić, jak ja nie zdaję sobie do końca sprawy, z tego co się dzieje wokół.
Budzę się następnego dnia rano na szpitalnym łóżku, śnięta jak ryba po narkozie. Mama jest przy łóżku. Opowiada mi co się stało i prosi bym się nie denerwowała, że zaopiekowała się moim synem. Dzisiaj nie poszedł do szkoły, gdyż jest roztrzęsiony tym co się ze mną stało. Ponadto mówi mi, że wszystkim się zajmą (ma na myśli rodzinę), najważniejsze bym wróciła do zdrowia. Odwiedza mnie lekarz. Słucham co mówi. Wstępnie miałam połamane obie kości podudzia (leczone operacyjnie przez włożenie gwoździa w kość piszczelową) i złamany obojczyk. Lekarz kontynuuje wypowiedź. Masz złamaną miednicę, będziesz leżeć przez kilka miesięcy wyłącznie na plecach, aż się zrośnie. Oznajmia mi, że powrót do zdrowia potrwa sześć miesięcy. Ostatnia wiadomość mnie przebudziła. Ja będę tyle czasu wracać do zdrowia? Co z pracą??? Przecież tak ją uwielbiam, mam tyle do zrobienia, ja wykonam swoje obowiązki najlepiej, jestem firmie potrzebna. Myślę sobie ten lekarz jest szalony, nie wie co mówi. Nie zna mnie, mojego organizmu, nic o mnie  nie wie. Jestem okazem zdrowia, wysportowana, dbam o siebie. Nie pytam go o nic po zakończeniu wypowiedzi. Odchodzi. Nic nie mówię. Leże, patrzę w sufit białej szpitalnej sali. Nic nie chcę, leże i myślę choć nie wiem o czym.
Codziennie podczas mojego pobytu w szpitalu z małymi przerwami jest ze mną mama. Myje mnie, karmi, przynosi basen, po prostu jest. Widzę jak ukrywa przede mną łzy. Ona wie i zdaje sobie sprawę z tego, jaki jest mój stan w przeciwieństwie do mnie. Wymagam stałej całodobowej opieki, jak niemowlę. Z jedną różnicą, ja umiem mówić i pokazywać swoje emocje. Pod wieczór ktoś z mojego rodzeństwa lub tata przywozi do mnie syna na godzinę, dwie. Z jednej strony bardzo się cieszę, że jest przy mnie, z drugiej jednak wolałabym by nie widział mamy, która jest niesamodzielna, tylko leży, mało mówi, w większości czasu śpi. Jak ja to wszystko zniosę. Zadaję sobie ciągle pytanie: dlaczego JA???

Przyszedł czas powrotu do domu. Pokój jest dostosowany do moich potrzeb. Łóżko rehabilitacyjne, które zajmuje nieco miejsca. Czuje radość z powrotu, jeśli w takim stanie można w ogóle czuć jakąkolwiek radość. Syn patrzy na mnie i widzę jak bardzo nie dowierza, że ja nie mogę chodzić, jestem obecna, lecz jakby nieobecna. Moja jedyna pozycja na ok. osiem tygodni to leżenie na wznak. Tyle tygodni? Przecież to niemożliwe.

Na pierwsze dwie kontrole jestem transportowana ambulansem, gdyż jestem leżąca. Żeby nie było, nie jestem traktowana ulgowo dlatego, że leżę i lekarz przyjmuje mnie w pierwszej kolejności. Samo zawiezienie mnie na noszach po poradni wzbudza sensację pacjentów czekających na SOR lub przyjęcie do szpitala. Widziałam spojrzenia ludzi czekających w poczekalni „co jej jest, że leży. Chciałbym zobaczyć pod kocem co jej dolega…”. Uwierzcie mi, te spojrzenia są bardzo wymowne. Ponieważ korytarze w szpitalach przy SOR i gabinetach przyjęć są wąskie, a moje „madejowe” łoże duże, zajmujące dużo miejsca to co chwila przewozili mnie w różne miejsca na korytarzu ponieważ zastawiałam drzwi do gabinetów ? Na holu także byłam ? Sprzeciwić się, ależ oczywiście, że nie. Tak gdzie mnie przewiozą tam jestem.

W okresie oczekiwania by kości się zrosły zdałam sobie sprawę, że lekarz jednak wiedział co mówił, a i tak się pomylił. Kości zrastały mi się bardzo powoli. Mój czas mijał na patrzeniu w biały sufit, a rozmyślałam co dalej. Cały czas rozbrzmiewało pytanie dlaczego, dlaczego ja??? Przecież innym zdarzają się takie wypadki, ale nie mi, nie mojej rodzinie. Nas wszystko „zło” omija. Tak, mam rację omijało tylko teoretycznie. Wspomniałaś wcześniej, że chciałaś coś zmienić w swoim życiu, zwłaszcza zawodowym, prawda? Tak, tak prawda, ale…. Tutaj nie ma żadnego ALE. W czasie kiedy przyszło wypalenie, myśli, by dokonać zmian odłożyłaś to na bok. Bo dlaczego masz coś zmieniać, może nie jest idealnie w pracy, lecz jest ona stabilna, a przecież trudno jest na rynku pracy… Brak odwagi, determinacji, zrobienia pierwszego kroku w kierunku zmian przerastało, przerażało Cię. Masz absolutną rację. Nie umiem się do tego przyznać. Odbieram to jako tchórzostwo, porażkę. Zdałam sobie sprawę, że ja nie przeżywam życia jak marzyłam, że życie  ucieka mi przez palce, że to wegetacja. Byłam zła na siebie, że nie słuchałam głosu losu, nie wykorzystałam szans, które mi podsyłał. Ciągle, ciągle szukałam wymówek by czegoś nie zrobić. Co więcej by nie podejmować zmian bo trzeba się czegoś nauczyć od nowa, a ja już nauczyłam się tego co robię i umiem i więcej nie potrzebuję. Szłam po najniższej linii oporu. Wyjazd na wczasy. O, nie nie. Może w następnym roku

Okres powrotu do zdrowia. Poza tym, że fizycznie byłam niesprawna to dodatkowo doszły problemy natury psychicznej. Nie radziłam sobie z emocjami. Syn odsunął się ode mnie. Przecież nie mogłam mu w niczym pomóc, nie mogłam z nim nigdzie wyjść. Rodzic, który go wychowywał sam wymagał opieki. Taka sytuacja dla dziesięcioletniego dziecka jest utratą poczucia bezpieczeństwa. Byłam rozdrażniona, zrezygnowana. Nie umiałam pomoc sobie, tym bardziej synowi. Podczas leżenia bałam się nadchodzących nocy z uwagi na niewyobrażalne bóle kręgosłupa. Budziłam mamę by mnie masowała choć nie mogłam się przekręcić na bok. Pól godziny masowania, a piętnaście minut spania. Bywały noce, w których wołając mamę nie mogłam jej dobudzić, gdyż była tak zmęczona. Bałam się nadchodzących nocy każdego dnia. Chciałam by istniał tylko dzień. Ból nie tyle wyciskał mi łzy z oczy powodował, że dosłownie wyłam z bólu. Co więcej przecież wiadomo, że z rehabilitacja nie jest tak łatwo i szybko. Mam skierowanie. Dzwonię po ogromnej ilości placówek z zapytaniem jaki jest okres oczekiwania. Otrzymuję odpowiedź, rok. Na cito takich pacjentów jak Pani, słyszę mamy termin za sześć miesięcy jeszcze jak się Pani zakwalifikuje. Rewelacyjne wiadomości. Już nawet  nie chce mi się dzwonić więcej
 
Leżąc tak zdałam sobie sprawę, że  nie doceniałam tego co mam, iż jestem zdrowa, sprawna, samodzielna, że mam zdrowe nogi, które zaniosą mnie gdzie zechcę, zdrowe ręce, którymi zrobię to co zapragnę. Nie dawałam wiary temu, że człowiek to krucha istota. Patrzyłam na domowników, którzy przemieszczali się gdzie chcieli, robili co chcieli. Zazdrościłam im. Co z tego, że miałam dwie nogi i ręce jak były połamane. Powoli wracałam do zdrowia. Po ośmiu tygodniach obojczyk się zrósł. I wiecie co? Byłam dumna z tego, że mogę sama jeść. Ale super, rewelacja! W kolejnych tygodniach było coraz bliżej do powrotu do zdrowia. Po kolejnej wizycie mogłam usiąść. Nie wiecie jaka to radość, a ja wiem, jak można kilka razy w ciągu dnia usiąść na kilkanaście minut. Niesamowite. I tak w miarę jedzenia apatyt wzrastał. Jak już mogłam siedzieć to na ok. dwie  godz. przenosili mnie na sofę. A wtedy jak małe dziecko za pomocą rąk przesuwałam się na niej w prawo, a to w lewo. Dodam tutaj, że nie mogłam obciążać żadnej nogi. Lubicie się kąpać. Obojętnie w wannie czy pod prysznicem. Ja także uwielbiam to. Pierwszy raz od wypadku kąpałam się w wannie po dwóch miesiącach. Dopiero wtedy gdy mogłam siedzieć. Pluskałam się bez końca. Siedziałam w wannie jakbym  nigdy nie korzystała z tego dobrodziejstwa. Dwie godziny cieszyłam się z kąpieli. Każdy kolejny tydzień przynosił poprawę. Jak zrósł się obojczyk i siedziałam to poruszałam się na wózku inwalidzkim. Wiecie co? Byłam dumna z siebie bo byłam samodzielna. Po ponad sześciu miesiącach mogłam bardziej obciążać nogę, która była połamana. Chodzenia o kulach. Hurra!!! Jestem coraz bardziej samodzielna. Sama się przemieszczam na małych odcinkach. Na dłuższe odległości niezbędna jest mi pomoc. Na wizyty kontrolne ktoś z rodziny mnie zawozi.

Nadszedł czas wyjazdu do sanatorium na trzy tygodnie w ramach prewencji rentowej ZUS. Wyjechałam. Kilka godzin rehabilitacji dziennie. Jednak jak pojechałam kulejąc w takim też stanie wróciłam. Rozłąka z rodziną, synem pogłębiła mój stan psychiczny. Stałam się osobą wręcz nie do zniesienia. Co więcej sam ze sobą nie chciałam przebywać. Prawie rok czasu w domu z tymi samymi osobami. Nie chce już tego. Chce do ludzi. Chce wrócić do pracy. Potrzebuje rehabilitacji by wrócić w pełni do zdrowia fizycznego. Stan psychiczny także wymaga wsparcia specjalisty. Pomimo tego, że powinnam kontynuować świadczenie rehabilitacyjne, chodzić na rehabilitację podejmuję jednak decyzję o powrocie do pracy. Byłam nieobecna rok w pracy. Mam zaległy urlop za cały rok. Wykorzystuje go. W trakcie urlopu uczęszczam na rehabilitację, prywatnie. Placówkę polecił mi kolega z sanatorium. Jeżdżę prawie na drugi koniec Warszawy, a co tam moje zdrowie jest najważniejsze. Postanowiłam, że jak będę zdrowa to podejmę decyzje o wprowadzeniu zmian, których chciałam, a jednak się ograniczałam.
Jak postanowiłam tak zrobiłam. Wracam do pracy. Pełna werwy, entuzjazmu, jak mi się wtedy wydawało. Z wiarą, że nabiorę wiatru w żagle i popłynę na szerokie wody. Ponownie odkryję swoje wyzwania w pracy. Nie oszukujmy się werwa i entuzjazm były ma miarę mojego stanu psychicznego. Okazuje się w  niedługim czasie, że złudne były moje oczekiwania.  Trudności w odnalezieniu się w nowym otoczeniu z ludźmi są kontynuacją mojej słabej psychiki. Drażnią mnie klienci, współpracownicy. Nie chce już wykonywać swojej pracy. Na pomoc przychodzi do mnie Uniwersytet Warszawski, który proponuje mi terapię jako osoby poszkodowanej w wypadku. Trudność jest taka, że najpierw jest proces kwalifikacji i na terapię uczęszczają wyłącznie osoby, w których jest stwierdzony zespól stresu pourazowego PTSD. Od momentu postanowienia powrotu do pracy wiele się wydarzyło. Powrót do pracy nie przyniósł oczekiwanych rezultatów, rehabilitacja, na którą chodziłam przynosiła poprawę co dodawało mi sił. Coraz częściej zastanawiałam się jak sobie poradzę w pracy. Dodam, że w firm od kilku lat trwała restrukturyzacja (redukcja zatrudnienia o kilkaset osób co roku). Kusiła mnie to z jednej strony, a z drugiej jakiś głos mi podpowiadał znów „tanie” wymówki. Co będę robić, rynek pracy, nie jestem specjalistą… Codziennie z przyjaciółką po przerwie obiadowej chodziłyśmy na spacer rozmawiając jakie mamy perspektywy pozostania w firmie. Wszystko, dosłownie wszystko przemawiało za tym, że nic więcej nie osiągniemy, a z pewnością nie będziemy też pracowały w jednej firmie do emerytury. Zmiany następowały w firmie w szybkim tempie. Palcówki były przenoszone do innych miast. To skłaniało do poważnego zastanowienia się do odejściu z firmy. Kilkanaście lat w jednej firmie, którą się zna „od podszewki” i co odejść. Nie wyobrażałam sobie tego. Uwierzcie, do podjęcia decyzji potrzebowałam dwóch tygodni. Dwóch tygodni nieprzespanych nocy, bicia się z myślami co dalej, obawy przed nieznanym, strachu jak sobie poradzę… Decyzja zapadła. Złożyłam wypowiedzenie. Ulga? Tak ogromna ulga. Stało się, zrobiłam to. Jest początek roku. Z uwagi na to, że miałam jeszcze jedna operację firma zgodziła się na moje odejście z końcem roku. Wiecie co było najtrudniejsze po tej decyzji. Powiedzieć kierownictwu, że odchodzę. Niedawno wróciłam po długiej nieobecności i odchodzę. Odchodzę z firmy na zawsze. W momencie jak przekazywałam ta wiadomość emocje  mi towarzyszyły wzruszenie, łzy. Nie ukrywałam ich, niech płyną. Pozostawiam za sobą kawał swojego życia.

Wypadek był początkiem czegoś nowego dla mnie. Nie słuchałam i nie brałam tego co los mi podpowiadał i podsuwał. To zdarzenie zmieniło wszystko w moim życiu. Przestały istnieć wymówki. Rozpoczynając terapię poinformowałam osobę prowadząca mnie o swojej decyzji. Jak myślicie była zdziwiona? Nie mylicie się. Była i to bardzo. Choć ja też. To była najodważniejsza decyzja jaką podjęłam. Zakończyłam terapię, która była jednym z głównych punktów zwrotnych w zmianach. Odżyłam, nabrałam pewności siebie, pokory, moje relacje w rodzinie jak i towarzyskie nabrały nowych barw. Rehabilitacja długotrwała, ponad trzy letnia przyniosła rezultaty. Chcecie zapytać czy było łatwo? Nie, nie było. Miałam wiele załamań i brak wiary. Na pytanie czy było warto pracować nad sobą? TAK, zdecydowanie było warto. Otrzymałam drugą szansę, drugie życie i zamierzam je wykorzystać. Poznałam wiele wspaniałych ludzi, którzy mi pomogli i poznaję w dalszym ciągu. Dziękuję im, że stanęli na mojej drodze. Należą do nich: lekarze, terapeuci, rehabilitanci…

Chcecie zapytać czym się teraz zajmuję? Przede wszystkim kocham to co robię, odnajduje się w tym doskonale, pomagam osobom poszkodowanych w wypadkach. Więcej odnalazłam w sobie chęć pomagania innym jako wolontariusz. Daje innym swój czas, tym którzy chcą pomocy. Pojawia się w moim życiu coraz więcej możliwości. Teraz widzę jak wiele jeszcze życie ma mi do zaoferowania.

Chcę by moja historia jak wiele innych była przesłaniem. Jeśli czujesz, że chcesz coś zmienić niezależnie czy to w życiu zawodowym, prywatnym, towarzyskim czy jeszcze innym. Jeśli czujesz, że jesteś wypalony, odkryłeś coś co uwielbiasz robić niezależnie w jakim wieku jesteś podejmij wyzwanie i idź za głosem serca. Nie czekaj, tak jak ja, aż życie Cię doświadczy by dokonać zmian.  Życie jest zbyt krótkie na czekanie. Żyj jakby każdy dzień był ostatnim. Życie ma Ci wiele do zaoferowania. Skorzystaj z tego. Pamiętaj dopóki będziesz stawiać sobie ograniczenia, szukać „tanich” wymówek nie zauważysz szans, które są w zasięgu ręki. Podążaj za pragnieniami. Żyj. Powodzenia.
 
 
Odpowiedz


Nowe posty z tego działu muszą zostać zaakceptowane przez moderatora.
[-]
Szybka odpowiedź
Wiadomość
Wpisz tutaj swoją odpowiedź.

Weryfikacja obrazkowa
Wpisz tekst znajdujący się na obrazku w pole poniżej. Ten proces pozwala chronić forum przed botami spamującymi.
Weryfikacja obrazkowa
(wielkość znaków nie ma znaczenia)

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości