Dlaczego nie ja? Dam radę!
#1
Heart 
Czekaliśmy na Niego już kilka lat. Miało być tak pięknie: naturalny poród, mąż trzymający za rękę, przytulenie nagiego maluszka do serca… Byliśmy młodzi, pełni ideałów, gotowi na  opiekę nad tym wyczekanym Wielkim Szczęściem. Czy byliśmy gotowi na to, co się wydarzyło? Wtedy wydawało mi się, że to koniec mojego zaplanowanego w drobnym szczególe świata. Czułam, że to niemożliwe, by ludzie wokół żyli normalnym życiem, że mogą się cieszyć i że ich życie płynie do przodu.  Dla mnie czas stanął w miejscu.
To jednak będzie cięcie cesarskie – usłyszałam od lekarza przeddzień porodu. Trudno, ułożyło się dziecię pupą do świata. To był maj, pojechaliśmy nad jezioro, wybraliśmy imiona dla naszego Cudu – płci nie chcieliśmy wcześniej poznać, nie miała dla nas znaczenia. Ze spokojem w sercu pojechałam do szpitala.
W czasie porodu lekarze zaczęli panikować. Nie wiedziałam co się dzieje. Gdy Maleństwo już było na świecie ja nawet nie wiedziałam jakiej jest płci. Maluch w dłoniach pielęgniarek gdzieś na jakimś blacie, a ja leżałam jak kłoda, znieczulona prawie do przełyku.  - Czy to chłopiec czy dziewczynka?- zapytałam. Pielęgniarka wzięła malucha na ręce i pokazała mi przepuklinę na kręgosłupie – w taki sposób, że leżąc miałam tylko ją przed oczami, a następnie pokazała mi nóżki. - Widzi pani jakie wykrzywione - powiedziała. Widziałam tylko zdeformowane fragmenty małego człowieka, a nadal nie pokazano mi jego twarzy. Zabrano go natychmiast, a mnie przewieziono do drugiej sali. Dopiero tam mąż powiedział mi, że to chłopiec. Nasz ukochany wyczekany Synek.
Gdzie jest moje dziecko? – wołałam w nocy. Wiedziałam, że został zabrany do specjalistycznego szpitala na operację, ale środki nasenne przytępiły moją świadomość. Pielęgniarka na dyżurze przyniosła pocieszenie: - „Będą się starać. W końcu zgon noworodka to hańba dla szpitala”. Jaki zgon? Czyj? O czym ta kobieta mówi? Wiedziałam, że to niemożliwe. Mój synek będzie żył…
Operacja się udała. Dotarłam do Synka po dwóch dobach. Leżał nago w inkubatorze skulony jak mały  przestraszony jeżyk. Na plecach miał opatrunek. Łzy napływały do oczu, ale radość była większa  - Jestem przy Tobie! Zaopiekujemy się Tobą. Wszystko się ułoży!
Układało się. Byliśmy razem. Ja, mąż i nasz mały Synek. Byliśmy razem, gdy miał wstawianą zastawkę po miesiącu, byliśmy razem, gdy operacja okazała się nieudana i trzeba było ją powtórzyć. Byliśmy razem na każdej wizycie u najlepszych ortopedów rozsianych w różnych częściach Polski. Byliśmy razem, gdy rehabilitowaliśmy się kilka razy dziennie, gdy zakładaliśmy gipsy na małe nóżki. Byliśmy razem, gdy usypialiśmy Cię każdego wieczora, gdy uśmiechnąłeś się po raz pierwszy, gdy powiedziałeś pierwsze słowo. Byliśmy razem starając się, by nasze życie było normalne, byś nie odczuł, że gdzieś głęboko skrywam żal…Dlaczego nam to się przytrafiło? Czy coś zrobiliśmy nie tak? Łykałam kwas foliowy, byliśmy pod opieką lekarzy… Czy to moja wina? Nawet zdrowego dziecka nie potrafię urodzić. Co ze mnie za żona? Nie potrafiłam wykrztusić, nawet w myślach nie potrafiłam przyznać, że moje dziecko jest niepełnosprawne. Krzyk wyrywał mi się z piersi. Dlaczego?!
Przypadkiem natknęłam się na cytat, iż gdzieś  na świecie, kiedyś, może nawet teraz, jest ktoś, kto przeżywa podobną sytuację. Szukałam. Czytałam życiorysy, historie ludzi, którzy sobie poradzili w trudnościach, którzy unieśli się po traumatycznych wydarzeniach. Janina Ochojska, która w dzieciństwie chorowała na polio, na pytanie „Dlaczego ja?” odpowiedziała sobie „Dlaczego nie?”. Dlaczego nie ja? Dam radę! Moje dziecko jest chore, a ma mieć jeszcze zasmuconą mamę?! Przede wszystkim pielęgnowałam naszą relację z mężem. Uważnie przyjrzałam się relacjom i utrzymałam te, w których mogłam być sobą. Pojawiali się nowi znajomi, którzy rozumieli nasze problemy.  Chodziłam na jogę, uczyłam się angielskiego. Przy każdym wyjeździe na wizyty lekarskie staraliśmy się przy okazji zrobić coś radosnego, by pamiętać później te dobre przeżycia. Synek dobrze się rozwijał, w wieku prawie trzech lat zaczął chodzić. Co prawda w zaopatrzeniu ortopedycznym, ale dzięki temu mógł pójść do publicznej szkoły. Ma przyjaciół, jest duszą towarzystwa, dobrze się uczy, gra w tenisa stołowego. Ma dwójkę młodszego rodzeństwa.
Martwię się o jego przyszłość, lecz staram się nie wymyślać problemów. Kiedyś nasz dobry znajomy, który ma starszego syna z zespołem Downa poradził mi bym nie martwiła się na zapas. Większość rzeczy, o które się martwił, jakoś się ułożyły i ich syn sobie poradził.
Życie ma dla nas niespodzianki, niestety niekiedy niezbyt przyjemne. Warto być otwartym na to, co przynosi nam każdy dzień. I uśmiechnąć się – do siebie, do innych. Na przekór przeciwnościom. Z miłością. Bo życie jest cudem.




Odpowiedz


Nowe posty z tego działu muszą zostać zaakceptowane przez moderatora.
[-]
Szybka odpowiedź
Wiadomość
Wpisz tutaj swoją odpowiedź.

Weryfikacja obrazkowa
Wpisz tekst znajdujący się na obrazku w pole poniżej. Ten proces pozwala chronić forum przed botami spamującymi.
Weryfikacja obrazkowa
(wielkość znaków nie ma znaczenia)

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości