Porady coacha
#1
Czym jest coaching?
Coaching jest procesem który pomaga ludziom poprawiać się w dziedzinach, w których oni sami dostrzegają potrzebę poprawy. Świadomie używam tego sformułowania, bowiem to nie naprawiane, żaden człowiek nie jest zepsuty, aby trzeba go było naprawiać! Zadaniem coacha jest pomóc Tobie znaleźć w sobie samym takie pokłady wiedzy, energii, wytrwałości, siły, itp. abyś mógł osiągnąć zamierzony cel. Inaczej mówiąc coaching polega na dość specyficznej rozmowie nastawionej na cel klienta i umiejętnym zadawaniu pytań przez coacha, w taki sposób, by ten pierwszy osiągnął zmianę i doszedł do tego sam.

Czym nie jest coaching?
Coaching to nie dawanie wskazówek, jak należy żyć, postępować. To nie dawanie rad. Coach nie poprowadzi Cię również za rękę i nie wskaże jak osiągnąć zamierzony przez Ciebie cel czy nie przeprowadzi za nią przez zdarzenia, która czekają na Ciebie.

Kiedy wpadłeś na pomysł bycia coachem? Co teraz robisz w tym kierunku? Jak organizujesz swój mały biznes? Czy chciałbyś z tego żyć? Kto byłby Twoim odbiorcą?

To czego nauczyłem się na studiach, a więc poznając socjologię, czyli konkretnie umiejętności obserwowania, pytania dziś mogę ocenić że to są elementy bardzo potrzebne w procesie coachingu. Podczas jednej czy też drugiej szkoły coachingu, które robiłem, miałem możliwość zaobserwować, że to co innym adeptom tej sztuki przychodziło ciężej, dla mnie było to praktycznie naturalne. Właśnie naturalność tego środowiska przypisuje socjologii i umiejętnościom, które nabyłem podczas tych studiów.
Na  pomysł bycia coachem wpadłem jeszcze na długo przed wypadkiem. Uznawałem to za naturalną ścieżkę rozwoju w życiu trenera. Później cóż.... wypadek to skomplikował. Choć może nie tyle skomplikował, co po prostu opóźnił. W pewnym momencie spotkałem się z informacjami na temat specjalizacji coachingowej. Na temat mojej specjalizacji nie musiałem długo myśleć. Sam doskonale pamiętam, że jak byłem w ciężkim stanie musiałem radzić sobie sam. Jak skomentował to Maciek Zientarski podczas nagrywania jednego z wywiadów, sam sobie zrobiłem coaching, gdzie jednocześnie się motywowałem do działania, jak i powtarzałem, że wszystko będzie dobrze. Nie wszyscy mieli możliwość poznania takich technik i pracy z nimi. Miałem także okazję przekonać samego siebie, że mogę pomagać, gdy podczas rozmowy z jedną z poszkodowanych osób mówiłem właśnie o zasadzie step by step w kontekście tego, że on bardzo chciał, aby mógł już przestać korzystać z respiratora. Udało mu się to właśnie po tygodniu od tej rozmowy. A więc po takich sukcesach, jak i licznych rozmowach doszedłem do wniosku, że jest duże grono osób, które potrzebują pomocy, wsparcia, ale nie wiedzą jak z niej skorzystać i nie ma osób które by im mogły pomóc. Cóż, ja przez to przeszedłem i wiem doskonale jak to jest i czego takie osoby potrzebują, więc po prostu pomyślałem o tym, żeby działać!

Jak wyglądało Twoje życie przed wypadkiem?

Cóż, przed wypadkiem… Doszedłem do etapu życia, o którym zawsze marzyłem. A więc pracowałem jako trener/coach – oprócz pracy z ludźmi, których lubiłem, moja praca polegała na tym, że dużo jeździłem po kraju. To było trochę jak życie w cygańskim taborze, życie często na walizkach, ale co może komuś wydawać się to nawet dziwne ja bardzo to lubiłem, oprócz tego mieszkałem jakby na stałe w mieście, w którym zawsze chciałem, czyli w Warszawie, pisałem doktorat z socjologii, w sumie zdążyłem zmienić samochód, a więc zmiany które lubiłem i tak to właśnie wyglądało. W myśl zasady ciągle do przodu. Nie ukrywając, prowadziłem lekkie, beztroskie może nawet dynamiczne życie. We wszędzie mnie było pełno.

Kiedy i jak doszło do wypadku?

Do samego wypadku doszło dokładnie 6 sierpnia 2010 roku. Wracałem z Warszawy do mojego domu rodzinnego w Lubrańcu. Był piątek, jakoś po godzinie 22. Wiem, że wówczas cały dzień mocno padało. Wjeżdżając w zalesiony teren na drogę wybiegł mi dzik (według świadków locha, czyli samica dzika z małymi dzikami). U mnie zadziałał odruch bezwarunkowy, więc odbiłem, żeby nie uderzyć w tego dzika. I wtedy wszystko się zaczęło… Wpadłem w poślizg, a dalej do przydrożnego rowu. Który za moment się kończył poprzecznym, wybetonowanym rowerem. Więc jakbym do niego wpadł to na pewno przodem zanurkowałbym w dół, a siłą rozpędu dach trafiłby w tą wybetonowaną część, a tym samym moja głowa… Pamiętam, że zgasł wówczas silnik, po prostu prędkość była za niska jak na bieg na którym jechałem. I zaczęła się moja walka! Wyprowadzenie samochodu z tego rowu bez gazu i ze zgaszonym silnikiem było dla mnie niemożliwe. Więc postanowiłem go odpalić. Wszystko działo się błyskawicznie. I tu zadziałał kolejny odruch. Zapalić go postanowiłem za pomocą sprzęgła, czyli po prostu je wciskając, a potem puszczając – tak jak robi się to w trakcie odpalania samochodu na tzw. pych. Sam nie wiem skąd pojawił się u mnie taki pomysł, nigdy wcześniej nie uruchamiałem tak samochodu. I cóż, udało się, tzn. wyrwałem się z tego rowu i wróciłem na drogę. Ale wróciłem w ten sposób, że mój samochód był ustawiony w przeciwnym kierunku niż ten, z którego jechałem. W związku z tym pojawił się kolejny odruch, tym razem wyćwiczony, a więc kontra, czyli skręcenie kół w przeciwną stronę niż ta w którą pojazd się kieruje. Zrobiłem tak, ale niestety dla mnie, teraz już wiem, oznaczało to, że wpadłem do drugiego rowu – znajdującego się po przeciwnej stronie niż ten pierwszy. Niestety w tym rowie podrzuciło mnie na wzniesieniu jakimś, ściąłem najpierw prawym tylnym błotnikiem znak drogowy mówiący o tym, żeby uważać na dzikie zwierzęta. Ściąłem też wszelkie krzewy, trawy, itp. I następnie moją podróż skończyłem na drzewie, uderzając w nie przednim słupkiem po swojej stronie. Co może wydawać się paradoksem to, że uderzyłem w ten znak drogowy było dla mnie wręcz dobrym rozwiązaniem. Ponieważ aktywowało to wszystkie systemy bezpieczeństwa, w które mój samochód był wyposażony i uderzałem w to drzewo z napełnionymi już po mojej stronie poduszkami, a więc boczną i kurtynową. Tak na drzewie zakończyłem swoją podróż. Ale nie jedyną tego dnia jak się okazało. Przy wraku tego samochodu na szczęście zatrzymały się dwa inne. Ja byłem już wówczas nieprzytomny. Jedna z osób zadzwoniła po służby ratunkowe. Inna z kolei do przyjazdu karetki prawidłowo trzymała moją głowę tak, abym nie udławił się własnym językiem. Jeszcze przed przyjazdem służb ratunkowych dostrzeżono, że spod maski mojego samochodu wydobywa się dym. Zaczęło się palić. Więc moi bohaterowie nie zostawili mnie na pastwę losu po prostu uciekając z miejsca zagrożenia, tylko oderwali maskę – bowiem nie było jej można z wnętrze otworzyć, i odcięto klemy z akumulatora, a więc zasilanie pojazdu w prąd. Pomogło! Służby przyjechały i zabrały mnie do oddalonego o jakieś 20 kilometrów szpitala we Włocławku. No i żeby nie było za wesoło, to ta karetka uległa wypadkowi na ulicach Włocławka. Ktoś ponoć uderzył w nią wyjeżdżając pod oznakowany pojazd z jakiejś uliczki przy bloku, bądź z parkingu. Musiała po mnie przyjechać druga karetka, a ja byłem przełożony. No i na tym moje wrażenia z jazd się kończą. Później znowu na Izbie Przyjęć było też ponoć ciekawie, ale to już temat na inną rozmowę.

Kiedy poczułeś, że wracasz do życia, także zawodowego? Jak wyglądały pierwsze próby podjęcia pracy? Czy było ciężko? Co było najtrudniejsze?

Zacznijmy od tego, że byłem przez 3 tygodnie nieprzytomny. Cóż, ja oprócz nie przytomności doznałem też amnezji, a więc o tym, że miałem wypadek dowiedziałem się już jakiś czas po wybudzeniu się od mojej mamy. Wówczas nie mogłem nic mówić, bowiem miałem wprowadzoną rurkę tracheotomiczną, która pozwalała mi oddychać – wówczas samodzielnie, a wcześniej przy pomocy respiratora.
A później cały proces rehabilitacyjny trwał, można powiedzieć latami. Jakby drugi raz w życiu musiałem się nauczyć chodzić i mówić. Wszystko toczyło się według zasady: step by step. Wymagało to wiele cierpliwości i zaparcia, czasem wręcz bezwzględnej walki. Czy było ciężko? – jak cholera. Najtrudniejsze były początki rehabilitacji, bo wymagało to ode mnie pogodzenia się z tym, że nic z tego co było, już nie będzie takie samo. Stanąłem przed wyborem, czy chcę żeby było takie jak wcześniej, a więc czy chcę marzyć, że kiedyś się obudzę i wszystko będzie przeszłością jak we śnie, czy nie będę się tak okłamywał i zaczynam ciężko pracować wierząc w to, że wszystko przede mną, do wytrwałych świat należy, i może być nawet lepiej niż było! Więc zaczęła się istna walka, uwieńczona tym, że z drugiego już dla mnie wówczas szpitala wyszedłem na własnych nogach w 3 miesiące od tego wypadku, w wyniku którego doznałem urazu stłuczenia pnia mózgu. A w 6 tygodni po tym, jak przewieziono mnie tam karetką. Nie ukrywam też, że ciężkie było to, że przykładowo najprostsze ruchy rękoma, czy też nogami które wcześniej nie sprawiały żadnych kłopotów, teraz takimi były! Wychodząc właśnie poczułem że wracam do życia, że już nic mi nie zagraża. Z tym zawodowym życiem wówczas to było jedynie marzenie. Jak wspominałem, wcześniej pracowałem jako trener/coach. A po urazie odniesionym w wyniku tego wypadku powrót do tego był niemożliwy przez kłopoty z moją mową. Do tego stopnia, że słysząc samemu moje kłopoty z komunikacją rozmowy ze znajomymi zamiast prowadzić przez telefon, wolałem prowadzić przez Internet za pomocą różnych systemów komunikacji. A więc powrót do wcześniej, tak lubianej przeze mnie roli okazał się praktycznie niemożliwy. Pozostało mi się przebranżowić i cóż, wierzyć. Ale nie tylko chciałem wierzyć, wspomogłem to licznymi godzinami pracy nad moją mową pod baczną opieką neurologopedy. To, a więc ta mowa to najtrudniejsze wyzwanie z jakim przyszło mi się zmierzyć, ale teraz już wiem, że nie mam z tym problemów a więc pora robić to, co bardzo lubię, a więc działać! 


Tęsknisz za dawnym życiem?
 
Wiesz nawet nie tak dawno usłyszałem od koleżanki, że pewnie gdyby nie ten wypadek to moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej, a więc pewnie miałbym założoną rodzinę i tytuł doktora. Wiązało się to z pytaniem, czy tego nie żałuję, Odpowiedziałem, że nie! Cóż, tamto życie bezpowrotnie minęło, a moje doświadczenia nauczyły mnie doceniać takie wartości jak: miłość, rodzina, przyjaźń. Nie ukrywam, mocno przewartościowałem swoje życie i do tamtego po prostu nie chciałbym wracać. To już jest zamknięty rozdział. Teraz często nawet nie tyle nie żałuje tego co się stało, co widzę nawet plusy tej sytuacji – jak choćby poznałem siłę swojego charakteru. Drugi człowiek, druga osoba stała się dla mnie wartością samą w sobie. Stąd też pomysł o takiej formie ewentualnej pomocy stał się dla mnie czymś naturalnym, oczywistym.
 
 
Bartek Pałgan jest coachem, prowadzi program Próg Życia - pakiet sesji coachingowych. Pomaga onaleźć odpowiedzi na ważne pytania, a także odnaleźć ścieżki wiodące do celu. Rozmowa może przebiegać na żywo, bądź online:  telefon, bądź Skype’a.  Jedna sesja trwa 60 minut. Program średnio składa się z  około 10-12 spotkań.













Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości